So you want to be a hero?

Strażnicy , 04 grudnia 2009, 23:50

Pamiętam plakaty z napisem Strázci wiszące w praskim metrze - w Polsce sezon na Watchmen był właśnie w pełni. Myśl o oglądaniu mrocznego filmu o superbohaterach z czeskimi napisami miała pewien perwersyjny urok, ale jednak zwyciężyła obawa przed śmiercią ze śmiechu. Tak więc przepuściłam kinową wersję "Strażników", by wreszcie dopaść ich może nie po latach, ale po miesiącach - i utwierdzić się w przekonaniu, że wówczas w Czechach zachowałam się rozsądnie.

"Watchmen" jest bowiem filmem poważnym przez duże P - bardziej nawet niż "V for Vendetta", bazujący na komiksie tego samego autora. Jest mrocznie i klimatycznie, a także obrazoburczo. I chociaż cenię komiksowe wycieczki Nolana (filmy o Batmanie) i Rodrigueza (Sin City) - to właśnie Strażników uznaję za najciekawszy film tego rodzaju, jaki widziałam w ostatnich latach. Najciekawszy, podkreślam, niekoniecznie najlepszy.

Dlaczego nie najlepszy? No cóż - zaczyna się intrygująco. W nowojorskim apartamencie zamordowany zostaje mężczyzna, który okazuje się być superherosem na emeryturze. Superbohaterstwo w Ameryce lat 80, gdy po wygranej wojnie w Wietnamie trwa zimna wojna, nie jest łatwym kawałkiem chleba - walka ze zbrodnią z pominięciem prawa jest stanowczo zabroniona i surowo karana. Nielegalnie działa już właściwie tylko Rorschach, mroczny i paranoidalny detektyw. O losach pozostałych zamaskowanych bohaterów dowiadujemy się z niesamowitej czołówki. W żołnierskim skrócie: są oni martwi, szaleni lub prowadzą mniej lub bardziej normalne, ale w każdym razie zgodne z prawem, życie. Siłą rzeczy ci ostatni nie są zachwyceni, gdy pojawia się u nich Rorschach i oznajmia, że muszą się obawiać o swoje życie, gdyż jeden z nich właśnie został go pozbawiony...

I w tym miejscu historia, jak dotąd tocząca się wartko, rozlewa się na liczne wątki, retrospekcje i filozoficzne wątpliwości. Niewątpliwie to właśnie one nadają Strażnikom tyle charakteru, ale o ile podobny typ narracji sprawdza się znakomicie w komiksach, które w wielu tomach mogą pomieścić dziesiątki wątków, o tyle w filmach bywa to raczej nie na miejscu. Skutek? Całość jest bardzo niejednorodna. Śledztwo prowadzone przez Rorschacha - chyba najmocniejszy element filmu - to skrzyżowanie konwencji noir i mrocznych thrillerów o psychopatach. Jest ono świetną osią scenariusza, ale zbyt często tracimy je z oczu, by mogło znacząco wpłynąć na klimat. Fascynujący wątek związany z atomowym kolosem Doktorem Manhattanem i jego powolną utratą człowieczeństwa miesza się z banalnym romansem Jedwabnej Zjawy z Nocnym Puchaczem. Schemat Ona kłóci się ze Swoim Chłopakiem i idzie do jego Kumpla, który jest brzydszy i trochę gapowaty, ale za to ma świetną brykę i nie pracuje w drugim pokoju w czasie seksu , znali chyba już starożytni Egipcjanie. Aha, i przepraszam wszystkich fanów komiksu, ale nie potrafię zachować powagi słysząc tekst Zasadniczo chciałam mieć normalne życie, ale mama tak bardzo pragnęła, bym walczyła ze zbrodnią... Domyślam się, o co chodziło, ale można było jakoś bardziej subtelnie...

Tego rodzaju chwile czynią oglądanie tego filmu trudniejszym, ale nie są na tyle częste (ani na tyle głupie), żeby całkowicie do niego zniechęcić. Co najmniej dwie pierwszoplanowe postaci - Rorschach i Manhattan - są żywe i niepokojące, a do tego stawiają na głowie standardowy mit bohatera.

Rorschach to dla mnie intrygująca trawestacja postaci Batmana - takim właśnie stałby się Mroczny Rycerz, gdyby nie był multimilionerem i nie miał psychicznego wsparcia ze strony przyjaciół. Nie ma wątpliwości, że Rorschach jest kompletnie szalony a do tego pełen żywiołowej nienawiści, która nie pozwala mu na kompromisowe rozwiązania. Batman godził się z tym, że pokonani przez niego złoczyńcy trafią do więzienia i być może z niego uciekną. Dla Strażnika jest to nie do pomyślenia - momentem przełomowym w jego życiu było pierwsze morderstwo, popełnione na zabójcy małej dziewczynki. Nieco podobna historia pojawia się w jednym z klasycznych komiksów o Batmanie - "Batman: Venom" - tyle że tam Bruce jakoś wraca do psychicznej równowagi. W zasadzie niewiele dzieli obie te postaci poza niewielkim doprawdy krokiem w szaleństwo.

Doktor Manhattan (zwany przez niektórych Doktorem Smerfem, MSPANC) to z kolei postać-klucz do wszystkich superbohaterów, którzy nie są ludźmi lub w wyniku dziwacznych wypadków zyskują nadludzkie cechy... A potem żyją sobie jakby nigdy nic, poza tym że czasem spalą wzrokiem jakiś wieżowiec lub powspinają się po pionowej ścianie. Przemiana okularnika intelektualisty w kosmiczną istotę, postrzegającą czas i przestrzeń w całkowicie innych kategoriach nie zostawia furtki dla tak konformistycznej postawy - Manhattan po prostu nieodwołalnie przestaje być człowiekiem. Pomaga co prawda Amerykanom w Wietnamie (ciekawym zbiegiem okoliczności wczesne komiksy i animacje o Supermanie opowiadały o tym, jak Człowiek ze Stali wspiera aliantów w czasie II WŚ) i pracuje nad uratowaniem ludzkości, ale jego oderwanie od rzeczywistości staje się coraz bardziej oczywiste. Jest to niezwykle ciekawa wizja superherosa-nadczłowieka, chociaż może nie najweselsza.

Fani komiksu z pewnością napiszą mi teraz, że nie zna życia kto nie czytał "Watchmen" i że film jest zaledwie marną imitacją. Nie będę oponować - jeśli tylko uda mi się zdobyć, pożyczyć lub wyłudzić ten komiks, chętnie się z nim zapoznam. Jednak pewne rzeczy są osobistym i ważnym wkładem twórców filmu i nie można ich potraktować lekko. To dobre zdjęcia, przemyślana i efektowna koncepcja plastyczna (z pewnością dużo lepsza niż cokolwiek, co mogło powstać w latach 80, które są, niestety, raczej festyniarskie), interesująca ścieżka dźwiękowa i smaczki o wybitnie filmowym charakterze. Mnie i Steelmanowi udało się namierzyć nawiązania do "Czasu apokalipsy" i "Dr Strangelove", ale Umbrin, wytrawny kinoman, znalazł tego dużo więcej. Pomimo że opowieść grzęźnie na mieliznach, a czasem wkrada się do niej patos, film nie jest też nudny. Chętnie poświęcę kolejne 2,5 godziny, by obejrzeć go ponownie - a tego nie mogę powiedzieć nawet o zachwalanym przez wielu Filmasterów Sin City.

Podziel się na Facebooku!

Nie znasz życia skoro nie czytałaś "Watchmen". Film jest zaledwie jego marną imitacją.

Nie będę oponować - jeśli tylko uda mi się zdobyć, pożyczyć lub wyłudzić ten komiks, chętnie się z nim zapoznam.

Jak nie zapomnę, wezmę go ze sobą do kraju w grudniu -- męcz mnie między 19 a 28. To fajne wydanie, w oryginale, w jednym tomie łączące wszystkie części.

"Nie znasz życia skoro nie czytałaś "Watchmen"- ciekawe stwierdzenie;). Nawet bez znajomości komiksu film mi się bardzo podobał. Pierwsza godzina wręcz genialna.

@michuk Będę bardzo zobowiązana! Nakład polskiego wydania jest wyczerpany. Z pewnością będę się upominać. :)

Ja też nie znam życia, dammit :/

Przy okazji, warto zwrócić uwagę, że muzyka była dużym plusem tego filmu. a puszczane w nim oldschoolowe kawałki naprawdę nieźle budowały klimat. Do tej pory mam w pamięci lot do tajnej bazy z "All Along the Watchtower" w tle.

Podczas tej samej, genialnej piosenki Forrest Gump leci do Wietnamu.

Niezły smaczek.

Ja chyba najlepiej zapamiętam Dylana z czołówki. :)

A propos muzyki do filmu "Watchmen" to muszę przyznać, że mnie skręciło jak zobaczyłam bohaterów komiksowych uprawiających miłość podczas gdy w tle leciał Cohen "Hallelujah".
Zgroza!
Przecież ta melodia towarzyszyła Fionie ze Shreka przygotowującej się do ślubu z lordem Farquaad ;).

A tak na serio to muzyka z "łoczmenów"jest fantastyczna.

Z tym Hallejujah to prawda, ogry skutecznie zawłaszczyły sobie tę piosenkę. Nie siedziałam w kinie, więc nie musiałam tłumić chichotu :) Ale to chyba jedyny nietrafiony utwór.

Ta piosenka to chyba zreszta jedyny wybor rezysera klocacy sie z wersja komiksowa, w ktorej bohaterowie uprawiaja co maja uprawiac przy 'You're my thrill', popularnym songu z lat 30stych.

You're my thrill jest na plycie z muzyką do Watchmen. W wykonaniu Billie Holiday. Fajne! :) Byłoby znacznie lepsze niż Cohen, chociaż pewnie i tak nie uratowałoby tego kawałka taśmy, który poświęcono na scenę miłosną. Biedny Snyder, jedyny objaw niezależności muzycznej i taki fail. ;P



Eksperyment reklamowy

Rozpoczęliśmy właśnie współpracę reklamową z siecią ARBOnetwork. Nie zdziwcie się więc jeśli pod menu Filmastera zauważycie co jakiś czas duży banner reklamowy. ...

Konkurs na wideo-recenzję

Dawno nie było żadnego konkursu? Prawie 3 tygodnie! No to zaczynamy kolejny. Tym razem regulamin jest prosty: weź kamerę, aparat fotograficzny z ...

Recenzje z ENH 10 – nagrody

Tydzień temu zakończył się 10. MFF Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Filmasterzy przybyli na festiwal licznie i zasypali wręcz serwis relacjami z ...

Planeta

Planeta krótkie recenzje

Planeta notki

Planeta komentarze