Tylko dla hardkorów
Pełna ognia i namiętności filmasterów dyskusja o pornografii natychmiast przypomniała mi o filmie, który rozpoczyna się słowami: Istniałem od początku świata i będę istniał póki ostatnia gwiazda nie opuści niebios. Choć przybrałem postać Gajusza Kaliguli, jestem każdym i jestem nikim, zatem jestem Bogiem. i jest jednym z najstraszliwszych gniotów w historii kina, a co gorsza - zapewne też w historii porno. Nie dziwcie się zatem, że poniższa notka pełna będzie seksu i przemocy i przed lekturą prewencyjnie zażyjcie walerianę.
Rzecz jasna nie ma sensu pisać, o czym też może być film zatytułowany "Kaligula". Kaligula jaki był każdy wie. Natomiast mroczny splot wypadków, który doprowadził do powstania tego pierwszego joint venture między mainstreamowym kinem historycznym a kinem lekkich obyczajów, jest osobną, pikantną epopeją. Epopeją, która zaczyna się jak zwykle od pieniędzy, a właściwie tego, że ich nie ma.
Tym razem pieniędzy nie miał Gore Vidal, pisarz i eseista. Jego scenariusz wylądowałby w szufladzie, gdyby niejaki Bob Guccione, właściciel magazynu Penthouse, nie zgodził się finansować projektu. Były oczywiście warunki - po pierwsze, "Gore Vidal's Caligola" miał się stać produkcją pełną rozmachu, po drugie zawierać więcej nagości i seksu. Rozmach zapewniono bombastycznymi dekoracjami i dobrą obsadą. Z nagością też się jakoś uporano - Vidal przepisał scenariusz, jako reżysera zaś zatrudniono Tinto Brassa. Brass zdążył już był udowodnić, że "te rzeczy" mu niestraszne, kręcąc "Salon Kitty", którego akcja osadzona jest w nazistowskim burdelu. Wszystko zatem było na miejscu, pozostawało tylko czekać na arcydzieło.
Niestety rzymscy bogowie nie sprzyjali produkcji. Brass, przeczytawszy scenariusz, z miejsca uznał go za dzieło starego sklerotyka i nie zmienił zdania po kolejnych pięciu wersjach. Wreszcie pozmieniał go sam z pomocą Malcolma McDowella, grającego Kaligulę, co oczywiście głęboko uraziło Vidala. W wyniku procesu trzeba było usunąć jego nazwisko z tytułu. Co gorsza, reżyser okazał się niezdolny do opanowania produkcji - napięty grafik pękł w końcu w szwach i trzeba było uciekać się do improwizacji, nagłych zmian scenariusza i robienia zasłony dymnej w postaci dokręcania nowych scen, by ukryć brak postępów. Aktorka grająca główną rolę żeńską, zdeprymowana formą (niewiele zasłaniające stroje) i treścią filmu opuściła plan klnąc jak szewc.
Być może "Kaligula" miałby jeszcze jakąś szansę, gdyby znów nie zadecydowały pieniądze. Właściciel Penthousa, wściekły na reżysera za obsadzenie niewystarczająco pięknych kobiet i rozdmuchanie budżetu do niebotycznych rozmiarów, wziął sprawę we własne ręce. Zatrudnił swego przyjaciela Giancarlo Lui, by "naprawił" film na etapie edycji. Lui wziął się zatem do pracy - nie tylko powycinał i poprzestawiał film według swego widzimisię, ale też dokręcił od siebie parę minut czystej pornografii, którą wstawił w te miejsca, które dyktowała mu jego kinematograficzna wrażliwość.
Zapoznawszy się z rezultatem, Brass nie mieszkając wytoczył proces. Do filmu nie przyznawał się już scenarzysta - i tylko aktorom trudno było zaprzeczyć, że mieli udział w tym przedsięwzięciu. Paradoksalnie zresztą akurat odtwórca głównej roli nie ma się czego wstydzić, ponieważ cała wartość tego potwora to wyłącznie Malcolm McDowell. Psychodeliczne dekoracje, idiotyczne kuse stroje żołnierzy, okrutne sceny egzekucji i przypadkowo wstawione sceny pornograficzne - wszystko to nie jest w stanie zepsuć znakomitej roli, przez którą, na zasadzie kontrastu, "Kaligula" staje się jeszcze bardziej żałosny.
Co może się wydać zaskakujące, nie jest to film całkowicie zapomniany - ma sporo ocen w IMDB, notorycznie przewija się też w rekomendacjach, a w 2005 roku w ramach artystycznej prowokacji nakręcono trailer do remake'u, w którym główną rolę miała jakoby grać Courtney Love. Chociaż w tym roku obchodzi 30 lat, "Kaligula" jest chyba nadal jednym z najbardziej szokujących filmów, któremu nie są w stanie zagrozić Hostele, a zapewne i Cranki. Bramy Rzymu pozostają niezdobyte i oby nikt nawet nie próbował.
kocio
"Aż chce się wyjść z kina" =}, ale opowieść pyszna i poznawczo delicje - śliczne dzięki!
Oferma
zgadzam się, historia tu spisana powstania filmu dużo ciekawsza niż sam film. Obraz ten był dla mnie sporym rozczarowaniem, choć rzeczywiście kreacja MacDowella odciska się w pamięci...
Esme
Dawno się tak nie śmiałam jak podczas zbierania materiałów do tej notki. Z poczucia obowiązku obejrzałam nawet ten fałszywy trailer, ale uznałam że go nie dolinkuję, bo to już explicit content.
Pamiętam, że jest w tym filmie jedna dobra scena - kiedy Kaligula wyprowadza wojska do idiotycznego ataku na Brytanię. Ale możliwe, że zachwyciła mnie, bo to chyba jedyny fragment kiedy można odpocząć od seksu, przemocy lub ich mieszanki. :)
doktor_pueblo
A gdzie widzieliście ten film tak z ciekawości? Pamiętam, że kiedyś puszczała go jakaś polska telewizja, ale w wersji ocenzurowanej, więc stwierdziłem, że szkoda czasu, jak już brnąć w bagno to na całego ;))
Po notce Esme aż chce się obejrzeć :)
Aika
No, ja właśnie w telewizji oglądałam. W pamięć zapadał i tak. Robił dziwne wrażenie - teatru telewizji po godzinach. Rzeczywiście wyglądało, jakby "zmarnowano" (czyli pewnie wycięto) przynajmniej jedną okazję do sceny porno.
Esme
Ilość wersji "Kaliguli", pociętych bardziej lub mniej, to straszliwy gąszcz. Original cut ma podobno 210 minut. Kopia, którą swego czasu pożyczyłam od znajomego i obejrzałam, jest chyba wersją oficjalną, trwa 156 minut i zawiera wspomniane wstawki porno. Są wklejone w film tak bez sensu, że można je odróżnić na pierwszy rzut oka. :)
Jeśli człowieka najdzie campowy nastrój to można obejrzeć. W każdych innych warunkach na własne ryzyko.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook