Społeczne kino zemsty
"Harry Brown", który niedawno bez wielkiego rozgłosu wkroczył do polskich kin, to nie tylko mroczny, pełen napięcia thriller. To również portret istotnego brytyjskiego problemu społecznego. Mariaż kina zaangażowanego z klasyczną historią zemsty okazał się niestety średnim pomysłem. 
Trzeba przyznać, że Barber potrafi zapewnić sobie mocne wejście - film rozpoczyna się sceną stylizowaną na nagranie z telefonu komórkowego, w której chuligani dla rozrywki zabijają kobietę prowadzącą dziecięcy wózek. Fragmentów utrzymanych w podobnym duchu będzie potem więcej, tak by widz nie zapomniał ani na moment, jak niebezpieczne i pełne przemocy jest życie w dzielnicy terroryzowanej przez młodocianych przestępców. Zwłaszcza życie emeryta, takiego jak Harry Brown. Widz nie powinien mieć też złudzeń co do tego, że bohatera czeka smutny los. I faktycznie - Harremu najpierw umiera ukochana żona. Wkrótce zaś do jego mieszkania pukają policjanci (zawsze zjawiający się za późno) - najpierw po to, by powiadomić go o śmierci jedynego przyjaciela, potem by przyznać, że sprawcy zapewne unikną więzienia. Jest to kropla, która przepełnia czarę. Brown postanawia samodzielnie wymierzyć karę chuliganom, i to najsurowszą z możliwych - śmierć.
Na pierwszy rzut oka brzmi to nieco zabawnie, ale każdy kto widział "Gran Torino" nie powinien wątpić w możliwości emerytów. Brown, były komandos, potrafi wykorzystać niewielką przewagę, jaką daje mu zaskoczenie i desperacja. Zemsta w jego wykonaniu jest metodyczna, przemyślana, a kiedy trzeba - także okrutna. Mimo uwikłania w spiralę przemocy, Harry nie zatraca się, kierowany wyłącznie przez sprawiedliwy gniew, nigdy żądzę zabijania samą w sobie. Nieludzki los, jaki dla siebie wybrał, nie odziera go w naszych oczach z człowieczeństwa. Nie można tego powiedzieć o jego przeciwnikach.
Umieszczenie w centrum akcji postaci mściciela było według mnie wyjątkowo ryzykownym posunięciem. Zapewniło co prawda Michaelowi Caine świetne warunki do prezentacji wspaniałego, dojrzałego talentu i zostało to Barberowi policzone. Niemniej widz identyfikujący się z Brownem zobaczy w chuliganach wyłącznie "zwierzęta", które zasługują na śmierć. Zwierzęta, które rzucają pod nogi policjantów koktajle Mołotowa i mordują dla rozrywki, przed sądem zaś pozostają bezkarne. Reżyser nie robi wiele, by kogokolwiek z tego przekonania wytrącić. Ostatnia scena "Harrego Browna", niejako potwierdzająca słuszność decyzji o zemście podjętej przez bohatera, tylko ułatwia wyciągnięcie skrajnego wniosku. Skoro policja, ani w wersji soft (pani detektyw, która zawsze wygląda, jakby miała się za chwilę rozpłakać), ani hard (twardogłowy oficer realizujący politykę "zero tolerancji"), nie potrafi sobie poradzić z egzekucją porządku, używanie przemocy przez obywateli jest uzasadnione. Zamiast dramatycznego sygnału o ważkim problemie - poparcie dla, bądź co bądź, mordercy.
Oczywiście sam fakt, że sprawiedliwość można wymierzyć tylko wychodząc poza ramy społecznego porządku, jest chory. Chora - lub nieistniejąca - jest również polityka społeczna dopuszczająca do powstania gett opanowanych przez gangi młodocianych przestępców. Zapewne to są właśnie wnioski, które powinno się wynieść z kina. Jednak emocjonalny związek z Brownem, zbudowany starannie na początku filmu, trudno jest potem zneutralizować. Ostatecznie i mimo wszystko "Harry Brown" jest kinem zemsty. A w tej kategorii nie wychodzi poza utarty schemat, a już na pewno nie sięga standardów ustanowionych przez starych wyjadaczy, takich jak Chan-Wook Park. Nie będę tu rozpisywać się o realizacji i aktorstwie, które zdecydowały o podniesieniu oceny do 6, zrobił to już Michuk w swojej (bardziej pozytywnej) recenzji. Moje refleksje będą zrzędliwe, choć w zasadzie - łyżkę miodu na koniec - jest to film raczej godzien tego, by go obejrzeć. Na pewno nawet godzien. Dla Michaela Caine.
michuk
O, czyli jednak ktoś oprócz mnie oglądał Harrego Browna. Już myślałem, że film przeszedł przez nasze ekrany niezauważony.
Właściwie zgadzam się w większości z Twoją recenzją -- reżysera punktujemy mniej więcej za to samo, dla mnie po prostu warstwa wizualna filmu i umiejętne prowadzenie narracji (niesamowite jak na debiutanta) zachwyciło do tego stopnia, że mniej zwróciłem uwagę na słabsze strony filmu.
Ale z jednym się nie mogę zgodzić. Piszesz:
Nie tak odebrałem przesłanie filmu. Właściwie im dalej w las tym mniej utożsamiałem się z Harrym Brownem, a w końcowych scenach można powiedzieć, że czułem do niego spory dystans. Daleko mi do aprobowania filozofii zemsty jako leku na całe zło. I nie wydaje mi się, żeby sam reżyser to jakoś bardzo uporczywie sugerował.
W filmie znalazło się mnóstwo scen, których zadaniem było wytłumaczenie dlaczego młodzi ludzie, "zwierzęta", jak o nich piszesz, stali się tym czym się stali. Szczególnie mocna była sugestia, że [spoiler] sam przyjaciel Harrego, którego ten chciał pomścić, w młodszym wieku dopuścił się ohydnych czynów na jednym z obecnych chuliganów.
Mocne były też przesłuchania młodych przestępców/narkomanów na komendzie policji, pokazujące jaka różnica dzieli "świat dorosłych" i "świat dzieci" (tyle że dzieci to w tym przypadku zwyrodniałe potwory zdolne do czynienia nieprawdopodobnego zła).
Zgodzę się za to ze steelmanem, który w krótkiej recenzji pisze, że to film przede wszystkim dla mieszkańców Wysp.
Przykładowo, scena która pokazana była w prologu filmu to nie wymysł reżysera. Jestem pewien, że wziął ją z czołówki jednej z brytyjskich gazet, które prawie codziennie informują o bestialskich czynach tego typu (przykładowo: obsikiwanie zabitej ofiary stało się tu jakimś chorym rytuałem wśród młodocianych morderców).
Kontekst polityczny jest tu niezwykle ważny. Od lat rządząca Wielką Brytanią lewica przymyka oko na rosnące w siłę nowe getta dookoła Londynu, ale też w każdym większym angielskim (bo problem dotyczy głównie Anglii) mieście.
Esme
Brakuje mi trochę kontekstu, o którym piszesz. Zapewne rzeczywiście najistotniejszy jest tu sam problem społeczny i Barber obraziłby się, gdyby mu powiedzieć, że film sugeruje zabijanie chuliganów jako jego rozwiązanie. Czy nawet, że skłania widza w stronę akceptacji kary śmierci. Niestety akcenty są rozłożone wyjątkowo nieszczęśliwie i jakoś samo wychodzi.
[dalej spojlery będą]
Sceny na komisariacie mówią sporo o przeszłości chuliganów - przestępczości w rodzinie, molestowaniu itd. Ale mówią też wiele o tym, kim oni są obecnie - a są degeneratami, którzy dopuszczają się straszliwych zbrodni w wielu kilkunastu lat. Do tego bezkarnymi. Mają prawników, mają rodzinę, która chętnie da im alibi, a świadkowie nie pisną nawet słowa z obawy przed zemstą. To, co się wynosi ze scen śledztwa, to że nie wiadomo, co z takimi zrobić, bo zgodnie z zasadami państwa prawa są nie do ruszenia.
Staruszka zamordował nie Mark, który mógł być przez niego molestowany, tylko jego kumple. Nie w ramach zemsty, tylko frajdy. Może to być symboliczna zemsta na pokoleniu, które dopuściło, by dzieci stały się potworami, a może być egzemplifikacja tego, jakie te dzieci są straszne.
Potem scena u handlarzy bronią - paskudnych stworów, których widzowi w ogóle nie żal, a już szczególnie nie ma ochoty zastanawiać się, jakie procesy społeczne mogły stać za ich pojawieniem się na świecie.
Dalej - policjantka, jedyna osoba, która może tu uchodzić za niewinną, informuje uzbrojonego Browna, kto jest wujkiem Noela. Czego innego może się spodziewać, jak nie tego, że Harry natychmiast pójdzie na zaplecze i zabije ich obu? Znaczy - przyznaje mu rację.
Zakończenie, w którym Brown może wreszcie spokojnie przejść "swoim" przejściem podziemnym, to przecież happy-end. Okupiony życiem chuliganów, dla których trudno mieć litość.
[spojlerów chyba koniec]
Społeczna wymowa filmu byłaby może wyraźniejsza, gdyby centralną postacią została pani policjant - jest intrygująca zagadka (kto zabija chuliganów), która ma ciekawe rozwiązanie, a za to dużo mniej malowniczej przemocy i ryzyka, że widz będzie w niej emocjonalnie partycypował, a potem przyzna rację Harremu.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook