Requiem dla baletnicy
Artykuł zawiera spoilery!
Leadu nie będzie. Checie wiedzieć What happened to your sweet Esme? Widzieliście film, więc znacie odpowiedź.
Po raz pierwszy od początku naszej znajomości Aronofsky zawiódł mnie srodze. I nie chodzi o wytykany mu wszem i wobec przeżuty schemat fabularny. Do diabła, gdy Polański kręcił "Lokatora", był to już jego trzeci film opierający się na obsadzeniu w centrum akcji prawdziwego lub mniemanego szaleńca. I co? I nic. "Lokator" nadal pozostaje filmem godnym zachwytu. Trudno zresztą znaleźć dzisiaj film nie zawierający choćby kawałka przeżutego materiału i należy się pogodzić z tym, że kino serwuje nam całkiem często drugiej świeżości scenariusze, ugarnirowane dla niepoznaki w różnorodne ciuchy. I spotyka się przy tym z gremialnym poklaskiem, żeby wspomnieć tylko orgazmiczną reakcję publiczności na "Avatara", który miał w sobie akurat tyle fabularnej oryginalności, co Coca-cola ekstraktów roślinnych.
I powiem Wam jeszcze jedno - znałam fabułę, zanim jeszcze zobaczyłam film. I uważałam, że to cholernie dobra fabuła.
Ustalmy również, że melodramatyczność i emocjonalne rozedrganie to też nie jest zarzut, który mnie zniechęca. Powiem więcej, "Czarny łabędź" to bezbłędna fuzja reżyserskiego stylu, który nigdy nie należał do delikatnych, z bajkowym tragizmem "Jeziora łabędziego". Idealną tego egzemplifikacją jest genialny prolog*, w którym czarodziej Rotbart rzuca zaklęcie na niewinną dziewczynę, zamieniając ją w łabędzia. Wszystko, co w tym filmie doskonałe, koncentruje się w tej jednej chwili - przyprawiająca o zawrót głowy praca kamery, potężna muzyka, wyraziste aktorstwo Portman, wisceralna siła reżyserii, wreszcie motyw dramatycznej przemiany. Dlaczego Aronofsky, osiągnąwszy tak wiele już w pierwszej minucie, miałby później miarkować kroki? Przeciwnie - dosadność, osiągająca kolejną kulminację w scenie fizycznej przemiany podczas tańca, to właściwa droga do mariażu z baletem Czajkowskiego. Losy Niny - jej sen o artystycznej doskonałości, szaleństwo i śmierć - to przeżywanie na jawie jaskrawego dualizmu wpisanego w fabułę "Jeziora".
Dualizm ten wyraża się dobitnie w warstwie fabularnej poprzez motyw sobowtóra. Pełna erotycznej energii Lily to dla Niny zarówno personifikacja i wzorzec czarnego łabędzia (ona nie udaje - szepcze jej do ucha demoniczny Leroy), jak i prześladowca, mroczny doppelganger, który chce ją dopaść. Podświadomie Nina wie, że czekająca ją metamorfoza będzie śmiertelna - Czarny łabędź niesie przecież Białemu śmierć. Nie potrafi się już jednak zatrzymać. Wyrwawszy się na moment spod matczynego zaklęcia "słodkiej dziewczynki", które więziło ją w dzieciństwie, poddaje się z kolei czarom charyzmatycznego reżysera i rozbudza w sobie mroczne instynkty, bo zostać jego "małą księżniczką".
W pewnym sensie matka i reżyser to dwa oblicza Rotbarta, choć Leroy bywa i księciem, który pogardziwszy delikatnością Białego łabędzia, woli rozkoszować się wizją zmysłowego Czarnego.
Podoba mi się to, z jaką nonszalancją i brutalnością Aronofsky łączy w tym filmie skrajności, ogień z wodą, animalistyczny magnetyzm z kruchością. Podoba mi się, jak bawi się wszechobecnymi lustrami, jak w szybie metra pokazuje Ninie jej mroczną twarz, zanim ona jeszcze o sama uświadomi sobie jej istnienie. Spójność rzeczywistości, którą przeżywamy wraz z baletnicą, od początku jest subtelnie zaburzona - na razie w zimnym oku lustra, w twarzy przechodzącej, ubranej na czarno kobiety. A gdy "wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze" i tysięczne lustrzane odbicia odmawiają posłuszeństwa
Czy to nie głęboko skrywany, atawistyczny lęk, który rozumiemy? Że odbicie w lustrze to tak naprawdę sprytny skurwysyn, którego jeszcze nie udało nam się przyłapać na robieniu czegoś innego niż my?
wspaniale jest patrzeć na taniec Czarnego łabędzia, który skoczył już w przepaść, choć jeszcze o tym nie wie. Ten występ ma siłę wybuchu - i naprawdę nim jest. Dla Niny.
Poranione stopy, diety, ćwiczenia - fizyczna strona baletu, który jest w ostatecznym rozrachunku ciężką harówką - to również cały Aronofsky. Nie mówię nawet o podobnym, dosadnym podkreślaniu cielesności zapaśniczych zawodów w poprzednim filmie. Trudno jest zapomnieć horror gnijącego ciała w "Requiem dla snu" lub migrenowe dolegliwości Maxa Cohena w "Pi". Zaś urojona przemiana, pióra i skrzydła? To przecież tylko kolejne odbicie piłeczki w stronę Czajkowskiego. Zaklęta w łabędzia Odetta stawała się w nocy kobietą, Nina jedynie podąża odwrotną drogą. Trudno mi powiedzieć, czy można uznać to za esencję "Czarnego łabędzia", czy jest to jedynie niewybredna ozdoba - ale obstawiam to drugie.
Podoba mi się zatem niemal wszystko i głupio wypadło, że na swojej drodze do ekstatycznego finału "Czarny łabędź" zamienił się na moich oczach w wyskubane ptaszysko i już nie odzyskał dawnego blasku. I o co poszło? Naprawdę o drobiazg. O scenę z pilniczkiem. Tę w szpitalu. Jeśli czytacie recenzję oznaczoną czerwonym napisem SPOJLER, to na pewno kumacie czaczę. Scena z pilniczkiem jest symbolem tego, przez co w cholerę poszło napięcie i starannie budowana atmosfera. Ponieważ sceny typu "pilniczek" widziałam już sto razy. Dwieście. Zylion. Poczułam się jak człowiek, któremu w wyrafinowanej restauracji podano znienacka kanapkę z salcesonem. I tego Aronofskiemu nie jestem w stanie wybaczyć. I nikt nie może mi powiedzieć, że nie próbowałam, bo przecież łyknęłam setę i poszłam do kina drugi raz.
Podobno "Czarny łabędź" to film o cenie doskonałości. Niech będzie, że tak jest, chociaż nie dodaje to Aronofskiemu szczególnej chwały, bo to również było już wiele razy. Co się jednak tyczy doskonałości, to nie informacja o jej cenie była dla mnie kluczowa po wyjściu z kina. Tylko to, że doskonałość jest czymś, co niesłychanie trudno jest osiągnąć a niesłychanie łatwo spieprzyć.
--
*Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy w czasie tej doskonałej sceny włażą na salę kinową i szukają swoich miejsc - i życzę im, by odtąd prześladowały ich prorocze wizje spojlerujące każdy film, na który zamierzają się wybrać.
michuk
Nie wiem co Cię tak zabolało w "scenie z pilniczkiem"? I czym się ona różni np od sceny równie wyimaginowanego zabójstwa w przebieralni podczas przedstawienia?
Mój zarzut jest taki, że film jest przesadzony, trochę zbyt efektowny, czasem efekciarski. Część lęków i wyobrażeń głównej bohaterki dało się przedstawić mroczniej a jednocześnie unikając dosłowności. Czasem zawiódł też timing. Ale to detale.
Dlatego właśnie tak dobrym pomysłem było pójść na ten film o 16-stej :)
Esme
Nie chodzi o to, że scena z pilniczkiem jest wyimaginowana. Chodzi o to, że to tani chwyt z tanich horrorów. Sto razy już widziałam, jak ktoś gapi się na ostre narzędzie by za chwilę zrobić gore z własnego ciała. Albo wydaje mi się, że sto. Podobnie jak następne fragmenty, gdy Nina zapala światło i bu! Widzi schowaną w kącie Beth. Myślałam, że wyjdę z kina. Zabójstwo w przebieralni zostało zrealizowane jak trzeba - uderzenie w lustro zostało sfotografowane pod świetnym kątem. O ile pamiętam, tam też jest moment bu! ale to już było po scenie z pilniczkiem i jakoś mnie to nie obeszło, bo już miałam zamordowany film. Aronofsky jest innowatorem jeśli chodzi o inscenizację i taka taniość do niego nie pasuje.
Lubię efekciarskie kino, cały Aronofsky jest efekciarski. "Zapaśnik" najmniej i domyślam Cię, że właśnie taka ascetyczna wersja Darrena to ta, którą lubisz najbardziej.
Ad. prolog - następnym razem poszłam na 10:15. Już nikt nie właził. Dlatego wiem, jaka to świetna scena.
detarame
Esme, nie będę się rozpisywać bo po prostu zgadzam się z Tobą w KAŻDYM punkcie.
Esme
Wow, dzięki :)
Negrin
Ja też, tak jak Michuk, nie za bardzo rozumiem, czym zawiniła scena z pilnikiem. Ba - nie rozumiem, mimo że odpowiedziałaś mu i teoretycznie wyjaśniłaś. Nie przypominam sobie, żebym ją wcześniej widział zylion razy, ale to akurat o niczym nie świadczy. Natomiast cóż z tego, że to scena rodem ze zwykłego horroru? W końcu cały film to romans z gatunkiem, scen do podskakiwania na krześle jest tu więcej - ot, taką Aronofsky obrał konwencję.
Jak dotąd główne zarzuty pod adresem "Łabędzia" dotyczą fabularnego prostactwa, dosłowności, banalności. Mnie one nie przeszkadzają i po lekturze Twojego bardzo fajnego tekstu nie muszę tłumaczyć dlaczego - najwyraźniej myślisz tak samo jak ja. Ale skoro tak, to nie pojmuję, jak odbiór filmu mogła Ci zepsuć jedna, bynajmniej nie najważniejsza scena, jak najbardziej wpisująca się w ogólną myśl filmu (pokażemy dosadnie, jak dla NIny droga do doskonałości wiedzie przez samookaleczenie). No, po prostu nie kumam. Jak dla mnie - scena jak scena. Jeśli odrzuca się całość "Czarnego łabędzia" (z powodów jak wyżej), to rozumiem, dlaczego można mieć anse do tej sceny. Ale założenia filmu się podobają, to i ta scena gra, n'est-ce pas?
Ale ogólnie gratsy za wisceralny tekst (i za użycie słowa "wisceralny"). Ja wciąż się szamoczę z napisaniem czegoś o "Łabędziu". Masz rację, że ciężko.
verdiana
LOL, a ja tej sceny nawet nie pamiętam. ;P
Esme
@negrin Ja wiedziałam, że to będzie kontrowersyjne i że dostanę cięgi, ale Doktor Pueblo mnie niedawno objechał, że nie piszę subiektywnie, a subiektywnie to jednak jestem rozczarowana. Cieszę się, że chociaż tekst się podoba. ;)
Anse mają charakter formalny, nie ideologiczny. Romans z gatunkiem. W porządku. Lubię horrory. Ale w przypadku Aronofskiego liczę jednak na kreatywny romans i czasem się udaje. Aronofsky wykorzystuje lustra - to też stare jak świat - tylko że robi to w interesujący sposób. Jest taka scena, w której Nina samotnie trenuje na sali, obracając się przed lustrem. Odbicie robi o jeden obrót więcej niż ona. Proste, eleganckie i bardzo straszne. A cały fragment od pilniczka do zamknięcia się w pokoju, jest tak straszliwie wtórny i ograny, bez jakiejś innowacyjnej iskry. Zgadzam się, że w tym filmie jest więcej takich stuletnich tricków, ale tu było ich po prostu za dużo naraz. Może miałam zbyt wygórowane oczekiwania.
kw86
Bardzo fajna recenzja.
Chociaż od akapitu o pilniczku już się nie zgadzam i już nie rozumiem, bo ja też sceny z pilniczkiem nawet nie pamiętam, w ogóle :)
lapsus
Jak Esme pisze o jakimś pilniku, to bardzo proszę tego nie bagatelizować, tylko iść drugi raz do kina.
Esme
Przeciwnie, proszę bagatelizować, bo po co psuć sobie dobry film wypatrywaniem mielizn :)
@kw86 Dzięki za dobre słowo. Jeśli nie zgadzasz się od tego akapitu, to znaczy że "Łabędź" Ci się podobał i mogę się z tego tylko cieszyć. :)
ARmy2510
Mnie ten film zawiódł. Początek świetny, pierwsze 30 minut pozwalało na jakieś wątpliwości. Potem już wszystko z górki, jednym torem, w dodatku z taką dosłownością, że wszystko, co miało być straszne - śmieszyło mnie.
marylou
@Esme, jeśli kręciłabyś takie filmy, jakie tworzysz notki, to byłabyś jednym z moich ulubionych reżyserów :)
Mnie Czarny Łabędź pozostawił z niedosytem. Gdyby oceniać ten film w poszczególnych kategoriach, to w kilku okazałby się doskonały (reżyseria, aktorstwo, zdjęcia, muzyka), ale nie jako całokształt - niestety, fabularnie mnie nie ujął - scena z pilniczkiem nie miała na to jednak żadnego wpływu ;) Werbalny pilniczek to Ty wbiłaś w policzek Aronofsky'emu tą swoją krytyką...
PS Oczywiście, przyłączam się do "serdecznych" pozdrowień dla niefrasobliwie miejsc poszukujących.
Esme
@marylou notki wychodzą mi najlepiej między północą a drugą rano. Jako reżyser zrujnowałabym się na gaże dla aktorów za pracę w trudnych warunkach i mogłabym kręcić tylko horrory :)
Pilniczek nieostry i łatwy do wyjęcia bez bólu. Jak widać można po prostu napisać, że dla własnego odbioru ta scena nie miała znaczenia i już zarzut obalony. Więcej serca włożyłam w napisanie o tym, co mnie zaciekawiło, ale nie będę przecież pisać, że zachwyca, jak nie zachwyca...
Czyli należysz do frakcji marudów, którzy uważają, że fabuła jest zbyt banalna, by mogła posłużyć za kanwę arcydzieła? Czy po prostu Cię nie przekonała?
marylou
@Esme, mam pewien problem z Czarnym Łabędziem tak naprawdę, bo w trakcie seansu jednocześnie czułam wielowymiarową doskonałość i nieustający niedosyt - coś, co psuło smak; jakiś metaforyczny pilniczek w całej fabule, który przerywał nastroje ekstazy. Dyskutowałam o tym ze znajomymi - winą obarczyliśmy mało ekscytującą fabułę, ale nie wiem, doprawdy, czy o to mi chodziło.
Pójdę na Łabędzia raz jeszcze. Może nowe podejście, tj. nastawienie na samo przeżywanie, bez nadoczekiwań, da inną odpowiedź :)
nevanda
W filmie wyraźnie widać że coś zgrzyta. Jedni przyczepią się pilniczka, mi osobiście strasznie nie podobała się scena z lustrem, mojej lepszej połowie cały epizod w klubie też nie przypadł go gustu. Moim zdaniem problemem jest tu po prostu pójście w casualowatość, czyli przystosowanie filmu dla jak największego grona widzów. Jedni będą się zachwycać świetnymi zdjęciami, muzyką, pomysłem a inni scena lesbijską 2 baletnic. Wszyscy w miarę zadowoleni, ale mi trochę szkoda zmarnowanego potencjału. Chociaż nie mówię, że było źle, ba powiem nawet że jeden z ciekawszych filmów jakie ostatnio widziałem.
doktor_pueblo
Esme, świetny tekst i kompletnie niezrozumiała puenta. Ty masz chyba jakąś podświadomą traumę z pilniczkiem, idź lepiej do psychoanalityka to się może wyjaśni ;)
Film jest tak bliski ideału, jak tylko się da. Nie nastawiałem się, nie czytałem recenzji, poszedłem do kina po 2,5 tygodniach o 15, żeby na sali był spokój. I rozważam 10/10. Muszę się z tym przespać.
Esme
Nie lubię tylko widoku łamiących się paznokci, do pilniczków nic nie mam. Oh well, dobrze że chociaż parę wcześniejszych akapitów spotkało się z aprobatą... Czekam na jakąś Twoją reckę, chociaż o filmach, które uważa się za idealne, zwykle ma się najmniej do powiedzenia.
Ja się nastawiałam, bo uwielbiam Aronofskiego. I rozczarowałam się - może tylko nie mogę doprecyzować, czym właściwie.
doktor_pueblo
Domyślam się, że powinienem coś dłuższego napisać i chyba napiszę zaraz, bo i tak cały czas o tym myślę. Nie tyle reckę, co kontreckę do tych wszystkich Waszych zarzutów :)
chinina_dla_nel
A mi się scena z pilniczkiem wydaje jednak potrzebna, bo pokazuje, że ona w końcu kaleczy już nie tylko siebie, ale też swój autorytet, swojego boga, że ta obsesja doskonałości pochłania też coś, co wcześniej było dla niej nietykalne.
Ale horror nie jest moim gatunkiem, więc z braku erudycji nie mogę wymienić miliona innych tytułów, w których by wystąpił ten chwyt.
Esme
W porządku, ale można to było pokazać na 100 różnych sposobów, a wybrano ten ograny i ordynarny. No, ale jak możesz się przekonać czytając komentarze, ja nie mam racji :)
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook