"Niewinna", czyli rzecz o rogatym Angliku
Mężczyzna i kobieta w eleganckiej restauracji rozmawiają o swoim małżeństwie. On nie ma i nigdy nie miał wątpliwości - jest troskliwym, choć nieco gruboskórnym mężem. Ona z kokieteryjnym uśmiechem oznajmia, że gdyby go nie kochała, po prostu by odeszła, zostawiając wszystko. I pewnego dnia - za tydzień, miesiąc, może po latach, któż to wie - odchodzi. Zostawiając wszystko. Także laptopa ze zdjęciami niedwuznacznie sugerującymi, że była związana z innym mężczyzną.
Oryginalny tytuł "Niewinnej" to "The Other Man" - i słusznie. Właśnie ten tajemniczy kochanek, ten drugi mężczyzna, jest tym, co napędza całą historię. Zazdrosny Peter, bo tak nazywa się mąż, porzuca swoje londyńskie pielesze i rusza do Mediolanu na spotkanie z lowelasem imieniem Rafe.
Konfrontacja to godne potwierdzenie wszystkich stereotypów obyczajowych, podwójnie wzmocnione stereotypami narodowościowymi. Peter to uosobienie doskonałego męża - solidny, opiekuńczy, wierny i nieco nudny. Rafe, idealny kochanek, jest mężczyzną czarującym - żyje chwilą, ceni doczesne radości, potrafi prawić górnolotne komplementy. I jest naprawdę zakochany, co dla kobiety znaczy zawsze więcej niż jakiekolwiek pochlebstwo. Nieobecna żona nie wysłucha już wyrzutów - mężowska złość i ból koncentruje się zatem na kochanku.
Oglądając "Niewinną" nie sposób po cichu pogratulować kobiecego wyczucia, z jakim zdradzająca żona obsadziła role. Gdyby to Rafe został rogaczem, film zakończyłoby szybkie morderstwo lub lekceważące wzruszenie ramion i nie starczyłoby na pełny metraż. Peter to natura bardziej refleksyjna. Jego duchowe rozterki ogląda się z nadzieją, że sprawa zakończy się bezkrwawo. W konsekwencji jednak "Niewinna", zamiast kipieć namiętnością, staje się pokazem hamletyzowania. Nie musi to być wada - sądząc po zastosowanej palecie barw i klimatycznej muzyce (Stephen Warbeck, odpowiedzialny m.in. za wybitną ścieżkę dźwiękową do "Zakochanego Szekspira"), reżyserowi chodziło właśnie o to lub coś podobnego. I mniej więcej mu się udało - smutny, deszczowy klimat jest najmocniejszą stroną "The Other Man". Problemem jest natomiast niezdarność fabularna, a co za tym idzie bezradność aktorów, którym trudno stworzyć spójne wizerunki postaci. Liam Neeson jeszcze jakoś sobie radzi, ale Banderas - nota bene obleśnie stereotypowy wybór do roli kochanka - niezmiennie ma w oczach niemą prośbę o ratunek.

Co wyniosłam z projekcji? Oprócz zakwasów w czole od ciągłego unoszenia brwi, rzecz jasna. Mimo wszystko pozytywne wrażenia - włoskie plenery zawsze cieszą oczy a Warbeck zadbał o to, by w uszach rozbrzmiewały mi nie tylko umiarkowanie ciekawe dialogi. "Niewinna" ma też, jeden co prawda, ale zawsze, wzlot formy. Peter, chory z wściekłości, łamie tabu nakazujące nie zdradzać dzieciom tajemnic rodzicielskiego łoża i wylewa żale przed córką. To bardzo ciekawa scena, pulsującą złą energią. Aż chciałoby się więcej. Niestety nie tym razem.
P.S. Ważną informacją dla koneserów kina będzie z pewnością to, że niewierna żona ma na imię Lisa. Jak bardzo trzeba być twardym, by miejąc tę świadomość, nie użyć w notce ani razu kultowych cytatów typu "You're tearing me apart Lisa?". Odpowiadam: twardym jak Esme.
inheracil
Ciekawe ile lat będzie musiał mieć Banderas by nie dawali mu ról latynoskich kochanków, 70? Pięć dych na karku i cały czas to samo. Od kiedy pamiętam praktycznie nie wychodzi poza tę rolę.
Esme
On już chyba sam źle się z tym czuje, myślę że niezadługo przestanie je przyjmować. Od czasu "Czterech pokoi" mam do Banderasa dużo sympatii i szkoda mi patrzeć, jak się męczy.
doktor_pueblo
Twardym jak Esme... ale jednak nie wytrzymałaś :P A poza tym, to nie jest żaden kultowy cytat i żaden kultowy film, goddamn it! :)
michuk
oh hi doktor! how is your sex life?
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook