Książę i logopeda
Na dobranoc Bertie opowiada swoim córkom bajkę o ojcu dwóch księżniczek zaklętym w pingwina. "... i wiecie, w co się zamienił, gdy księżniczki go pocałowały?" "W księcia!" - przekrzykują się dziewczynki. "W albatrosa" - odpowiada spokojnie Bertie. Fucha księcia nie poraża go atrakcyjnością. Ostatecznie zna to wszystko z autopsji - nosi nazwisko Windsor i jest drugi w kolejności do tronu Wielkiej Brytanii.
Bertie, czyli Albert Fryderyk Artur Jerzy Windsor, to wrażliwy, wycofany mężczyzna, dla którego publiczne wystąpienia są prawdziwą męką - jest bowiem jąkałą. I choć próbowało mu pomagać już wielu renomowanych specjalistów, jego problem nie zmniejszył się ani na jotę. A czas nagli. Jerzy V, ojciec Alberta, jest chory, a starszy brat pozostaje w nieformalnym związku z dwukrotną rozwódką, której poślubienie może być nie do pogodzenia z godnością królewskiego stanowiska. Jąkała czy nie, Bertie musi liczyć się z koniecznością objęcia tronu i częstych wystąpień za pośrednictwem nowego wynalazku - radia. Lionel Logue, ekscentryczny australijski spec od wad wymowy, staje się dla księcia ostatnią deską ratunku.
Tak zaczyna się dwugodzinna niemal opowieść o przyjaźni króla Jerzego VI z człowiekiem z gminu i o najeżonej trudnościami drodze do wielkości. By zostać prawdziwym przywódcą narodu, Albert musi nie tylko poradzić sobie z wadą wymowy. Musi też uwierzyć, że potrafi należycie sprawować stanowisko. Wszystko to na tle Wielkiej Historii. Nadchodząca wielkimi krokami II Wojna Światowa to poniekąd także konfrontacja oratorska - Hitler słynie na całą Europę ze swoich świetnych mów, budzących frenetyczną reakcję słuchaczy. Albert, jak dotąd, wręcz przeciwnie.
Nie jest to film, który można zepsuć zbyt szczegółową recenzją. Wiadomo mniej więcej, jak ta przygoda musi się zakończyć, by stało się zadość zamiłowaniom publiczności, która nagrodziła "Jak zostać królem" na festiwalu w Toronto. W najgorszym wypadku można zajrzeć do działu historycznego w Wikipedii. Nie zaskoczenie jest zatem główną atrakcją tego po angielsku statecznego filmu. Jest nią aktorstwo. Geoffrey Rush, grający australijskiego logopedę, stworzył postać ciepłą i zabawną, która bardzo ciekawie kontrastuje z osobą nieśmiałego, pełnego kompleksów księcia. Natomiast Colin Firth, czyli Bertie, we wspaniały sposób potwierdził klasę zaprezentowaną w "Samotnym mężczyźnie". Historyjka o królu-jąkale balansuje na granicy błahostki. Gdyby nie doskonała wiarygodność głównej roli, być może nawet by ją przekroczyła. Jednak autoironiczne poczucie humoru Alberta, jego skrytość, serdeczna miłość do żony i dzieci, wreszcie prozaiczny wysiłek człowieka, który pragnie spełnić swoje obowiązki najlepiej jak potrafi, nie pozwalają na emocjonalny dystans. Jerzy VI to zwykły człowiek, ale taki, którego nie sposób nie polubić lub chociaż mu nie współczuć.
Nie można też pominąć ról drugoplanowych. Helena Bonham Carter, odstępując na moment od ról furiatek i złowrogich kucharek, wdzięcznie partneruje Albertowi jako żona. Dobrze prezentuje się także Guy Pearce jako starszy brat księcia - pantoflarz chodzący na pasku amerykańskiej uwodzicielki. Odstaje jedynie Timothy Spall jako groteskowa, kojarząca się nieco z buldogiem, wersja Winstona Churchilla. Atutem są dobrze napisane, żywe i zabawne dialogi, które dodają wigoru nawet najbardziej flegmatycznym postaciom. Realizacji nie sposób zarzucić wiele. Chociaż nie jest bardzo finezyjna, to zachowuje jednolity styl a na zdjęcia przyjemnie jest popatrzeć. Miłym akcentem jest pojawiająca się tu i ówdzie muzyka klasyczna, podkreślająca staromodny klimat.
Czy film Hoopera, faworyt Złotych Globów, ma duże szanse w wyścigu po tegoroczne nagrody? Nie jest to dzieło oszałamiające i błyskotliwe realizacyjnie, jak "The Social Network" lub "Incepcja". Wątpliwe zatem, by otrzymało główną nagrodę lub wyróżnienie za reżyserię lub scenariusz. Z pewnością jednak można postawić jakieś pieniądze na Colina Firtha, któremu w zeszłym roku sprzed nosa sprzątnął Oscara Jeff Bridges. Dla tej wybitnej aktorskiej kreacji warto wybrać się do kina, zanurzyć się w dostojnej, krzepiącej, niedzisiejszej atmosferze i dowiedzieć się, jak zostaje się królem.
Pilotka
Jeśli postawiłaś Esme jakieś pieniądze na Colina Firtha to jesteś dziś wygrana, a jeśli nie, to pewnie też się tak czujesz :) Na pewno tego filmu nie przegapię...
Esme
Pieniędzy nie, ale bardzo jestem zadowolona z tego werdyktu, bo to zasłuzona nagroda. :)
Znając Twoje zamiłowanie do kina offowego nie jestem pewna czy Ci się "King's Speech" spodoba, bo to jest mainstream co się zowie. Ale jeśli chcesz odpocząć od ważkich i metafizycznych tematów, to przy tym można.
minola
z całym szacunkiem dla Colina, wolę Geoffreya :)
Esme
Wydaje mi się, że Colin miał trudniejsze zadanie - jego postać się zmienia - i wywiązał się z niego wspaniale. Dlatego tak podkreślam wartość tej roli. A Rusha uwielbiam i zawsze się cieszę widząc go na ekranie. :)
Dramatiker
Moim zdaniem Colin miał łatwiejsze zadania bo jego postać była bardziej zdefiniowana przez scenariusz. Rush musiał bardziej kombinować jak nie znudzić widza tą bardziej stałą postacią i moim zdaniem wyszło mu to genialnie. Geoffrey > Rush
Esme
Może oni mieli po prostu inne zadania? Firth musiał po pierwsze przekonać widza do Bertiego (to jest postać spięta, bywa niesympatyczna), po drugie wiarygodnie odegrać jej przemianę. Poza tym skoro jest go dużo więcej na ekranie, ma więcej możliwości, żeby coś popsuć. ;) Rush musiał kombinować, jak nie znudzić, ale postać wyluzowanego dziwaka daje sporą swobodę w interpretacji plus sympatię widza na wejściu. Te role chyba nie do końca ze sobą konkurują. Nie wiem czy to nie kwestia tego, kto się komu bardziej podobał.
ARmy2510
Co ostatniego akapitu apropo realizacji; ja tam nie uważam, że brak "oszałamiającej i błyskotliwej realizacji" może być powodem, dla którego King's Speech nie mógłby dostać Oscara ;).
Esme
A mnie się wydaje, że Akademia ceni efekciarstwo, dlatego w kategoriach reżysersko-technicznych obstawiam raczej Incepcję i Social Network. Ale mogę się mylić.
bolekczyta
A jednak, można było postawić trochę więcej niż jakieś pieniądze na opowieść o królu-jąkale:)
Osobiście z werdyktu akademii bardzo się cieszę.
Esme
W zeszłym roku napsiałam, że Hurt Locker nie ma szans. :) Jeśli chodzi o typowanie Oscarów to muszę się jeszcze dużo nauczyć.
doktor_pueblo
Tak Ci wierszem odpowiem:
Hollywood to fabryka
I jak każda fabryka
ceni dobre maszyny
i zręcznego rzemieślnika
Esme
O jak ładnie. :) Będę o tym pamiętać typując w przyszłym roku ;)
bolekczyta
Krytykujemy tę ceremonię, ale jednego nie można jej odmówić - Akademia wciąż umie nas zaskoczyć.
doktor_pueblo
Sprzeciw. Mnie niczym nie zaskoczyła.
doktor_pueblo
Daj spokój Esme, taka sztampowa holiłudzka historia, a Ty się ekscytujesz. Facet musi walczyć ze swoimi słabościami, ma chwile zwątpienia, ale się przełamuje, by w wielkim finale wzruszyć widzów i zgarnąć Oscary, błe... Nudy. Mam nadzieję, że w "Jak zostać królem 2" król będzie niemową, a jego nauczyciel będzie go uczył "przemawiać" za pomocą pantomimy. Przynajmniej wypowiadanie wojny będzie zabawniejsze ;)
Pilotka
I tak to właśnie jest przeczytać jakąś notkę przed seansem, mnie notka Esme zachęciła i od jakiegoś czasu czekam na ten film. I przychodzi Doktor_Pueblo, który widzi w nim tylko odpryski kina hollywoodzkiego. I to chyba coś, co najbardziej może mnie zniechęcić. I jestem na niemal 100 procent pewna, że będę go teraz oglądać szukając najbardziej słabych momentów.I dziękuję sobie, oczywiście :]
lapsus
Idź Pilotko na ten film , nie rozczarujesz się. Mówić holiłudzki o filmie, który rozgrywa się praktycznie w czterech ścianach - no tak, te prowokacje :(
Pilotka
Na pewno pójdę Lapsusie, chociaż teraz już tak jakoś
bez entuzjazmu. Troszkę szkoda, ale z drugiej strony jeśli to naprawdę dobry film to się obroni.
doktor_pueblo
@Pilotka Właśnie chyba lepiej, żebyś się nie nastawiała, że to arcydzieło, to się nie zawiedziesz. Film zrobiony jest wyśmienicie, tylko ja po prostu mam awersję do kina rzemieślniczego, nawet z najwyższej półki.
Pilotka
Rzemieślniczy, brzmi ... porywająco.
Esme
Doktorze, ekscytacja zaczyna się od 8/10. ;P
Ja się w kinie nie nudziłam, podobał mi się staromodny brytyjski klimacik, realizacja jest na poziomie, humor łagodzi pewne ilości patosu to razem 6/10, plus Firth to 7. W Avatarze np Firth nie grał i ma ode mnie 6. :)
Dramatiker
z tymi momentami nie będzie tak trudno, jest ich sporo ;-) a po przeczytaniu tych wszystkich zachwytów naprawdę można pomyśleć, że to bardzo dobry film i mocno się w kinie rozczarować.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook